Aktualności

Blog

EUROPEAN HOG RALLY – LUGANO 2017

Posted on: Sierpień 29, 2017

Dziennik z podróży

Dzień 1
Warszawa – Mikulov

Ruszamy tradycyjnie spod Liberatora – Mario, Kaziu, Kosa, Szpaku, Kaczor, Kryska i piszący te słowa – MarcinQ. Pogoda ładna, choć zapowiadają opady, co zresztą się ziszcza w okolicach Łodzi. Pod wiaduktem na autostradzie wbijamy się w deszczówki i ruszamy dalej. Tym razem deszcz tylko straszy i do końca dnia jest sucho.

Mario, jak to Mario prowadzi nas ciekawymi objazdami i omijając Częstochowę w drodze do Czech lądujemy w Tarnowskich Górach. W sumie całkiem fajnie wychodzi, bo TG to zarąbiste miasto z dziesiątkami knajp i w jednej z nich jemy obiad. Osobiście nie mogłem sobie odmówić śląskiego specjału, czyli rolady wołowej z kluskami i modrą kapustą.

Napełniwszy brzuchy wskakujemy na A1 i po kilku godzinach docieramy do Mikulowa, który wita nas ponad trzydziestostopniową temperaturą i zimnym piwem. To drugie, po trasie i wieczornym skwarze smakuje po prostu bosko.

Dzień 2
Mikulov – Innsbruck

Muszę przyznać, że w stronę Alp jechałem dziesiątki razy, ale nidgy tak ciekawą trasą jak teraz. Mario ma jednak zmysł do wynajdywania ciekawych tras. Omijamy Wiedeń jadąc wzdłuż zachodniego brzegu Dunaju, który wije się urokliwie wsród urwistych, skalnych brzegów.
O ile rano pogod była znośna, o tyle wraz z przejechanymi kilometrami temperatura na termometrze rośnie. Na obiad zatrzymujemy się w jakiejś austriackiej pipidówie (autriacka pipidówa = średniowieczne miasteczko, obowiązkowo z zamkiem i / lub kilkusetletnią wieżą stojącą na rynku) i przy pizzy zastanawiamy się czy uda się uniknąć burzy (na horyzoncie sine niebo i wszystkie pogodowe apki straszą ulewnymi burzami). Szczęście nam jednak dopisuje i tylko lekko muśnięci deszczem docieramy do motelu pod Innsbruckiem.
Motel wita nas pustą recepcją i kopertą z kluczami oraz informacją, że mamy se radzić sami bo oni już nie arbajt hojte i poszli cu hauze. Ot taka tyrolska gościnność i ufność, że nie rozpiżdżymy im tego gasthałzu w trzy diabły, no ale my jesteśmy spoko goście i rozpierduchy nam nie w głowach ale za to jeść się chce, a tu nic ni ma! Szybko więc uradzamy, że Kaziu i Kaczor na ochotnika jadą w poszukiwaniu żarcia i piwa. Chłopaki spisują się dobrze i po dwudziestu minutach wracają przywożąc ze dwadzieścia piw i mnówsto chipsów – kolacja jaką harleyowcy lubią najbardziej!

Dzień 3
Stelvio

Poranne słońce okazuje się być niczym jak złudną nadzieją i Stelvio wita nas mżawką i mgłą. Już pierwsze winkle wjeżdżając od Szwajcarskiej strony potwierdzają zasłużoną sławę tej alpejskiej drogi – podesty zgrzytają o asfalt raz za razem. Docieramy na szczyt, strzelamy obowiązkową fotę i ruszamy w dół. Droga przypomina połączone ze sobą dziesiątki agrafek, a z nieba zaczyna walić regularna pompa   

 

 

Na dół pierwsi docieramy ja z Kryską oraz Mario. Jesteśmy głodni jak diabli, a w knajpie (uwaga – jesteśmy we Włoszech) mówią, że kuchnia w zasadzie już zamknięta (jest 14.00 !!!) i mogą nam dać tylko zupę. Głodny zje wszystko więc bez namysłu zamawiamy dla wszystkich i czekamy aż reszta zjedzie z góry. Po jakimś czasie pojawia się Kaczor, który wygląda jakby właśnie zdobył Mount Everest, choć wszyscy zapewniali, że to będzie Gubałówka – krótko mówiąc przeżył te pier…lone zakręty i jest szczęśliwy, że dotarł na dół. Kilkanaście minut po Kaczorze przyjeżdżają Kosa, Szpaku i Kaziu. Kaziu ma nietęgą minę, a Kosa i Szpaku wyglądają jakby przerzucili właśnie kilka ton węgla. Okazuje się, że nasz Kaziu postanowił sprawdzić wytrzymałość Street Glide’a na zetknięcia ze Stelviowskim asfaltem, więc chłopaki mieli siłkę gratis i w bonusie stawiając moto do pionu. Całe szczęście nikomu nic się nie stało i po zjedzeniu zupy ruszamy dalej z poczuciem ulgi, że już dziś w tym pitolonym deszczu nie będziemy robić żadnych agrafek.
Mario prowadzi, ja marzę o suchych ciuchach i z każdą minutą nabieram podejrzenia, że właśnie przeżywam deja vu, no bo okej – rozumiem, że architektura alpejska generalnie podobna, ale dlaczego przejeżdżamy znowu przez to samo przejście graniczne i to samo miasteczko? No dobra, myślę sobie, nie mój ból głowy tylko naszego dzielnego road capitana. Pewności, że to nie deja vu nabieram, jak skręcamy w lewo i mijamy (już to wiem na pewno) ten sam kierunkowskaz na Stelvio. Myślę sobie – ki diabeł, ale szybko znajduję pozytyw: poćwiczę winkle z rozłuźnionymi łapami, jak mnie pouczyli podczas zupy doświadczeni koledzy. Nurtuje mnie jednak pytanie – dlaczego nam Mario nie powiedział, że zaliczymy Stelvio dwa razy? Może nie chciał Kazia o zawał przyprawić? Koniec końców zaliczamy Stelvio drugi raz, tym razem dla odmiany do deszczu doszła mgła, całe szczęście Kaziu stwierdza, że wystarczająco przetestował bliskie kontakty Street’a z asfaltem i przemoknięci do suchej docieramy do hotelu w Sondrio we Włoszech. Hotel ma jedną gwiazdkę, wspólne kible na korytarzu, ale jest rewelacyjnie. Możemy się wysuszyć, a właściciel za niewielkie pieniądze poi nas domowym winem i karmi osobiście przyrządzanymi specjałami – jest bossssko!

Dzień 4
Lugano

Od rana na niebie piękne słońce i na wspomnienie wczorajszej pompy klnę w duszy szpetnie ze złości, że mieliśmy takiego pecha, ale kto za to będzie mógł się pochwalić podwójnym Stelvio w deszczu i mgle – hę?
Lugano, malownicze miasto nad jeziorem o tej samej nazwie, jest opanowane przez harleyowców. Motocykle są dosłownie wszędzie. Na rynku scena, gdzie występują kapele, a wdłuż jeziora dziesiątki stoisk z hamburgerami i pierdołami wszelkiego rodzaju.


Na miejscu spotykamy Cichego i Martę, którzy wyjechali z Wawy razem z Sankowskimi dzień później (Maciek z Agą nie dotarli z powodu awarii motocykla), Anię i Tomka Szatnerów oraz Staszka Fistaszka z Beatą, którzy do Lugano dotarli sobie tylko wiadomymi ścieżkami. Pojawiają się też Przemek i Anią, którzy w okolicach spędzają wakacje.


Dzień 5
Lugano i wycieczka na Nufenpass i Furkę.

Kaziu, Kaczor, Kryska i ja zostajemy w Lugano – planujemy poleniuchować i popływać statkiem po jeziorze, a reszta ekipy jedzie na wycieczkę po szwajcarskich winklach. Po południu oczywiście leje.

Dzień 6
Lugano – parada

Do południa zajęcia w podgrupach (ja z Kryską odwiedzamy Anię, Przemka i Tadeusza), po południu główna atrakcja imprezy – PARADA. Motocykle chętnych na paradę stoją wzdłuż brzegu jeziora i nie będzie przesadą stwierdzić, że rozciągają się na ponad kilometrowej długości. Gdy kolumna rusza huk silników jest tak donośny, że słychać go chyba nawet w Como. Trasa parady prowadzi przez okoliczne miejscowości i sporo winkli (a jakże!), a sama parada wydaje się być atrakcją dekady, bo na ulice wylegli chyba wszyscy mieszkańcy klaszcząc, pozdrawiając nas i ciesząc się jak dzieci.

 

 

Dzień 7 i 8
Powrót

Czas biegnie nieubłaganie i musimy wracać. Oczywiście, aby tradycji na tym wyjeździe stało się zadość, w drodze na nocleg gdzieś w DDR mamy pompę, że hej. W ostatni dzień aura, chyba się franca w końcu opamiętała, funduje nam piękny, słoneczny dzień. Docieramy wszyscy szczęśliwie do domów, AMEN ☺.

Marcin Grygier


ARIZONA DREAM 2017

Posted on: Lipiec 19, 2017

Jedzenie, Czerwone Góry i prohibicja u Indian… Czyli Krysia, Daga, Radek i Marcin Harleyami po bezdrożach (i nie tylko) południowo – zachodnich USA.

Marcin (M): Daga, Radek, Krysia - jaka była Wasza pierwsza myśl, gdy został rzucony pomysł wyjazdu na motocyklową trasę do USA?
DAGA (D): Nie mamy wizy! A po pechu z wyjazdem na Kubę myślałam, że ten rok będzie już wyjazdowo stracony, więc wieszczyłam problem!
RADEK (R): Super! Kubę szlag trafił ale za to jedziemy do USA! Chociaż przyznam, że jak bardzo SUPER, dowiedziałem się dopiero na miejscu ☺
KRYSIA (K): Bosko! Uwielbiam Stany, a szczególnie cudowne parki narodowe, tym bardziej w wersji moto, której jeszcze nie doświadczyłam. Taki urlop mogłabym mieć co roku.

M: Daga, Radek – zwiedziliście kawał świata, ale w USA byliście pierwszy raz. Co Was najbardziej zaskoczyło tak na „dzień dobry”? Jak to mówią: „pierwsze wrażenie jest decydujące” więc walcie śmiało.
D: JEDZENIE – wszyscy mówili że będzie tragedia, a ja do dzisiaj o tym myślę i na samą myśl ślina mi leci jak dziecku do lizaka. Poza tym uważam, że jak Pan Bóg tworzył świat – to Amerykanie, dali mu w łapę, bo taką ilość pięknych krajobrazów w jednym kraju aż trudno sobie wyobrazić
R: To, że w tym kraju wszystko się zgadza, wszystko do siebie pasuje, a najbardziej pasują Harleye i Jeepy do tych wielkich prostych dróg. Zawsze się zastanawiałem, jeszcze jeżdżąc Electrą, dlaczego ten motor nie skręca, nie hamuje…po tej wyprawie zrozumiałem wszystko i niestety mam refleksję…to na tamten świat ktoś wyprodukował nasze maszyny…

M: Ile przejechaliście km, przez jakie Stany i jak długo trwała wyprawa
R: Jakieś 4 tyś km. Zaliczyliśmy Kalifornię, Newadę, Arizonę i Utah.
M: Amerykańska kuchnia – tłusta, megakaloryczna, bez smaku, bez wyrazu… Tak brzmi powszechna opinia na jej temat. Co Wy na to?
D: Bzdura! No okej, kaloryczna może tak, ale cała reszta to bzdura. Jedliśmy najlepsze śniadania na świecie, najlepsze steki, najlepsze BBQ, w ogóle jedzenie było wspaniałe. Jako znany smakosz kawy, pijący tylko z expresu byłam pewna, że ta amerykańska pseudo kawa, nie będzie mi smakowała, ale nawet ta kawa do tego wszystkiego pasuje – jedzenie dla mnie boskie, a restauracje śniadaniowe – raj. Zastanawiałam się chwilę, jaką pamiątkę sobie przywieźć z tych stanów która będzie mi w pracy przypominała o tym cudownym czasie – i wiesz co …na ostatnim śniadaniu kupiłam kubek w Dennysie – tak mi to wszystko zasmakowało
R: Dla mnie najlepsza. Nie zapomnę śniadania w Palm Springs – póki co numer jeden na liście przebojów! ☺
K: Niestety amerykańska kuchnia powoduje, że z każdego wyjazdu przywożę nadbagaż ☺ Jedzenie jest pyszne. Moje najsmaczniejsze doświadczenie to steki w Mexican Hat, maleńkiej wiosce na skraju rezerwatu Indian Navajo. Jest tam klika moteli, stacja benzynowa oraz knajpa z ogromnym, podwieszonym nad paleniskiem grillem, na którym gość o aparycji Meksykanina z fimów Sergia Leone, sobie tylko znanym sposobem w 5 minut usmażył kilka półkilogramowych steków – soczystych i miękkich. PYCHA! ☺
M: Największe wyzwanie? Było takie w ogóle?
D: Przewidzieć jak się ubrać do prezentowanej przez Radka prognozy pogody – znaczy – codziennie miało być zimno, a był upał ☺,ale jakoś dawaliśmy radę ☺
K: 12 godzin w Dreamlinerze ☺

M: Gdybyście mogli tylko trzema słowami opisać to, co w Was pozostało z tych 10 dni w siodle?
D: Przestrzeń, smak, szczęście.
R: Wkrótce tam wrócimy ☺
K: Wolność, radość, przestrzeń.

M: Las Vegas – plastik i tandeta czy może luz z odrobiną pikanterii? Co powiecie o tym „kultowym” mieście?
D: Dla mnie REWELACJA. Zgadzam się: plastik, brokat i różowo, ale nie tandeta – tylko naprawdę wysoki poziom i mega zabawa. I Radek miał rację: do Vegas nie da się przyjechać na godzinę i pooglądać zza szyby. Trzeba wypić drinka, zabawić się w klubie, iść na spektakl, pograć w kasynie, czerpać radość z życia i przestać się napinać…takie jest Vegas – jak „Kac Vegas”, ale co się dzieje w Vegas – zostaje w Vegas ☺
R: Mógłbym w takiej tandecie bawić się co roku. Na pewno to nie był nasz ostatni raz, a show i w ogóle cała zabawa w hotelu New York New York – super
K: Las Vegas jest po prostu parkiem rozrywki w rozmiarze XXL. Każdy może wybrać taki rodzaj rozrywki jaki mu pasuje: kasyno – proszę bardzo, party na basenie na dachu hotelu – jest, zakupy w luksusowym sklepie albo w outlecie – a jakże, musical albo erotic show, np. Zumanity w wykonaniu Cirque Du Soleil, na którym byliśmy – mnóstwo do wyboru.

M: Wyobraź sobie, że możesz tam za tydzień wrócić, ale tylko na 2 dni. Które miejsce wybierasz i dlaczego?
D: Droga przez czerwone góry do Indian – bo był to pierwszy raz kiedy zobaczyliśmy te przepiękne kolorowe widoki i niezapomniany zachód słońca, potem na noc do Las Vegas (bo u Indian prohibicja ;-) )
R: Biorę Vegas z lity Dagi i dodaję lot nad Grand Kanionem – przeżycie nie do opisania.
K: Zdecydowanie któryś z parków, na pewno jeden z tych, których nie udało się odwiedzić, np. Zion (było cholernie gorąco) i Grand Kanion, ale tym razem z trasą na jego dno.

M: Największe zaskoczenie in plus i minus. Dlaczego?
D: In minus nie było, in plus, - że nie ma tłoku, jest niesamowita przestrzeń i swoboda nawet przy największych atrakcjach nie czuje się natłoku innych ludzi, że kilometrami nie spotykaliśmy nikogo. Choć może jeden mały minus – widać czassami stosunkowo biedne rejony, gdzie ludzie żyją skromnie, w małych, czasami wyglądających na rudery domkach, widać braki w funduszach…
R: In plus – nie spodziewałem się, ze tam jest aż tak fajnie, jadąc mieliśmy mgliste wyobrażenie i totalny brak oczekiwań – trochę zdając się na Krysię i Marcina – w opcji – co będzie, to będzie. Było super, a negatywów brak.
K: Właściwie nic mnie nie zaskoczyło, byliśmy już tam, więc wiedziałam, czego się spodziewać, chociaż perspektywa z motocykla jest zdecydowanie inna – znacznie przyjemniejsza, bo bliższy jest kontakt z tą cudowną naturą. Ubolewam jedynie, że nie mamy tyle urlopu, żeby spędzać na takich wyjazdach nie 12, ale … 120 dni, ha, ha, ha ☺

M: Jedziesz tam ponownie – co zmieniasz, co zostawiasz?
D: Naprawdę jest to na tyle fajne podróż, że byłabym gotowa powtórzyć ją bez zmian. Oczywiście świat jest wielki i trochę szkoda czasu na oglądanie dokładnie tego samego, ale wyjazd był tak ciekawy, że naprawdę mam ochotę tam wrócić. Na koniec podziękowania dla naszego kolegi Staszka Fistaszka, który przed wyjazdem udzielił nam jednej cennej rady, która bardzo pomogła nam odebrać nasz wyjazd jak powyżej „jeśli jedziesz do Stanów, pamiętaj, żeby wszystko przyjmować tam tak jak jest, nie staraj się niczego zmieniać, poprawiać, usprawniać – wtedy twoje życie w Ameryce jest proste” - Zastosowaliśmy – było bosko ☺
R: Może za którymś razem zabierzemy Maksa (syna). Pewnie fajnie będzie zobaczyć kolejne kawałki, ale co do miejsc odwiedzonych czuję wielki niedosty…, a i kilka zdjęć Daga źle ustawiła, więc pojedziemy poprawić ☺
Marcin, Krysia - Bardzo Wam dziękujemy za pomysł, oraganizację i super towarzystwo. Jak do tej pory najlepszy wyjazd na moto!
K: Po pierwsze na dłużej, miesiąc to minimum. Po drugie mając więcej czasu dołączyłabym do naszej trasy kolejne miejsca, które były „po drodze” albo wydłużyłabym całą trasę o kolejne Stany, np. Nowy Meksyk, Teksas i Kolorado. Po trzecie zabrałabym moich synów, aby mogli doświadczyć tych zapierających dech widoków oraz cudownego poczucia wolności, aby naprawdę docenić, że ważniejsze od tego co w życiu masz, jest to co w życiu przeżyjesz, dzieląc to z najbliższymi.

Ostatnie pytanie kieruję do naszych pań: Daga, Krysia – dlaczego wasi faceci są najlepsi i nie zamieniłybyście ich na innych? ;-)
R: To jest pytanie do dziewczyn, ale ja oczywiście się zgadzam z tą tezą! ☺
D: Bo nie wkurzali się jak grzebałyśmy się z pakowaniem i zostawili nas same z kartami kredytowymi na zakupach w HD store ☺, aaa.. i Marcin nic nie powiedział jak Krysia kupiła kowbojki, chociaż nikt nie wiedział jakim cudem je spakujemy i zabierzemy ze sobą, a Radek…no cóż, prawie cały wyjazd był zadowolony – bezcenne☺
K: Bo razem spędzamy najlepsze chwile swojego życia i niech tak pozostanie. Za jakiś czas będzie co opowiadać wnukom ☺ A co do kowbojek – wiedziałam, że Marcin znajdzie dla nich miejsce. Przecież nie mogłam ich w tym sklepie zostawić! ;-)

Marcin Grygier


BAL CHARYTATYWNY STOWARZYSZENIA RODZIN I PRZYJACIÓŁ OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH W GRODZISKU MAZOWIECKIM.

Posted on: Luty 12, 2017

W ostatnią sobotę stycznia roku 2017 kilka koleżanek i kolegów z naszego chapteru bawiło się świetnie na dorocznym balu charytatywnym zorganizowanym przez Stowarzyszenie Rodzin i Przyjaciół Osób Niepełnosprawnych z Grodziska Mazowieckiego. Nasz chapter nie przypadkowo jest na te wspaniałe wydarzenie zapraszany. Nasi koledzy, Jurek „Jerry” Górski i Wojtek „Ziółko” Kozłowski są bliskimi, aktywnie wspierającymi przyjaciółmi Stowarzyszenia, ale też nasz WCHP jak i dealer Liberator jak tylko mogą wspierają Stowarzyszenie.

Bal był fajny, wytańczyliśmy się wszyscy, nie zabrakło biesiadnych szlagierów i obowiązkowych „węży” pląsających po parkiecie, ale gwoździem programu, bez dwóch zdań, była prowadzona przez pana Wojciecha Hardta licytacja. Pan Wojciech dwoił się i troił, zdzierając przy okazji gardło, aby z portfeli gości balu wyciągnąć jak najwięcej, przeznaczonej na szczytny cel wsparcia działalności Stowarzyszenia gotówki.

Nie sposób wymienić wszystkie licytowane przedmioty, dla których pan Wojciech z energią i humorem wyszukiwał nowych właścicieli, wspomnę tylko, że piłka Ligii Mistrzów z autografami Roberta Lewandowskiego i Arkadiusza Milika oraz książka D.Tuzimka: "Lewandowski - wygrane marzenia" z autografem Lewego i dedykacją od autora trafiły do Ziółka, wywiad – rzeka z Prezydentem Komorowskim i jego dedykacją „Zwykly polski los” do Maćka Sankowskiego, Darek Pawlik przelicytował obraz autorstwa Gabrieli Krysińskiej, a Marcin Kożuch album ze znaczkami pocztowymi.

Liczymy, że za rok znów zabawimy na dorocznym balu charytatywnym i naszą obecnością oraz aktywnym udziałem wesprzemy działalność Stowarzyszenia, bo warto pomagać!

Marcin Grygier


Zamknięcie sezonu 2016 w Warsaw Chapter Poland

Posted on: Październik 16, 2016

14468647_1329064003793061_2199139322418788159_o

Supraśl 30.09.2016 – 02.10.2016

Sezon motocyklowy w jubileuszowym, piętnastoletnim roku istnienia WCHP zamknięty! Grupa bikerów, fanatyków motocykli Harley-Dawidson, spotkała się w urokliwym Supraślu, perełce Podlasia, gdzie od wieków stykają się ze sobą kultury Zachodu, Wschodu, a jak się też okazało, jeszcze dalszego Wschodu, ale o tym za chwilę.

W piątek pod wieczór, w pierwszy dzień zlotu, pokonując o dziwo dobrze wyasfaltowane drogi, omijające cieszącą się złą sławą trasę krajową nr 8, dotarłem na miejsce imprezy. Zaparkowałem „elektrownię” i poszedłem się przywitać z bracią. Jakże miło było na samym wstępie być poczęstowanym kuflem zimnego litewskiego napoju chmielowego! Pierwszy łyk wartko spłynął mi do żołądka i poczułem, że jestem tam, gdzie chcę i z ludźmi, którzy dzielą moją pasję w jeździe motocyklem.

Pod wieczór, gdy już wszyscy dojechali, w sali biesiadnej Hotelu Supraśl, przyozdobionej jak na WCHP przystało banerami i klubowymi flagami, rozpoczęła się część oficjalna. Podjedliśmy to i owo, zakropiliśmy podlaskie specjały Jackiem Danielskim i nasz El Presidente – Maciek Sankowski wraz z oficerską gwardią przyboczną rozpoczęli ceremonię przyjęcia nowych członków Chapteru. Parafrazując pewną reklamę, „bezcennym” był widok zadowolonych buziek prospektów gdy odbierali klubowe barwy. Do naszego grona dołączyli:

Witamy Was serdecznie i cieszymy się, że z nami będziecie!

Ale to nie wszystko! Ceremonia trwała dalej. Gdy narybek klubowy zszedł ze sceny, przyszedł czas na dyplomy i uścisk prezesa dla zasłużonych dla naszej WCHP organizacji. W tym roku zaszczyt odebrania dyplomu i uściśnięcia prezesowskiej dłoni przypadł:

Po części oficjalnej lokalny didżej zapodał muzykę, kilka par poszło w tan, wszyscyśmy jedli, pili i dobrze się bawili.

Sobota. Dzień przywitał nas słońcem i otulającą wieże monasteru i kościołów Supraskich poranną mgłą. W planach była wycieczka śladem Tatarów Rzeczpospolitej, a że wyjazd miał być skoro  świt, o 12.30, więc był czas na spacer i zwiedzenie Supraśl City przy pomocy silników dwusuwowych, czyli nogi lewej i prawej na przemian.

Punkt 12.30 rozległo się basowe dudnienie silników i prowadzona przez naszego niezastąpionego Road Capitana - Mario kolumna ruszyła do Kruszynian, aby zwiedzić tatarski meczet i posmakować tatarskich potraw. Drzwi do drewnianego budynku meczetu otworzył nam pan Bronisław Talkowski, który jest przewodniczącym muzułmańskiej gminy wyznaniowej w Kruszynianach. Od pana Bronisława dowiedzieliśmy się, że nasi polscy Tatarzy są potomkami synów dzielnego narodu walczącego ramię w ramię z polskim wojskiem u boku króla Jana III Sobieskiego. Po służbie, jako że kasa Królestwa świeciła pustkami, zamiast pieniędzy król nadał Tatarom we władanie kilka wiosek wraz z ziemią uprawną. Kruszyniany były jedną z nich. Oprócz historii Tatarów polskich pan Bronisław opowiadał równierz o tatarskich zwyczajach, obyczajach religijnych i znamienitych gościach, którzy odwiedzili Kruszyniański meczet, z księciem Karolem, następcą tronu pewnej wyspy na czele.

Po lekcji historii i religioznastwa, nakarmieni wiedzą poszliśmy nakarmić też nasze brzuchy. Jurta tatarska, gdzie dostaliśmy papu, zamiast namiotem okazała się być z drewna i nie zdziwiłbym się, jeśli w jej budowie brali udział podhalańscy górale. Kto zwrócił uwagę na drewniane gonty na dachu wie, co mam na myśli. Zasiedliśmy do stołów i wkrótce podano tatarskie jedzenie: pierekaczewnik, czyli wielowarstwowe ciasto z mięsem i serem, oraz kryszonkę, jednogarnkową potrawę z warzyw, ziemniaków i jagnięciny. Wszystko było bardzo kaloryczne, syte i smaczne, ale jak ktoś jest na diecie, to lepiej niech omija to miejsce szerokim łukiem.

Po powrocie z wycieczki wieczorem był grill i ognisko. Tym razem w rolę didżeja wcieliliśmy się sami i z ajfonów była muza do wyboru, do koloru – od polskiego biesiadnego do AC/DC. Dla każdego coś miłego. Na koniec usiedliśmy przy ognisku, były kiełbaski i krążąca wokół ogniska flaszka, a w którymś momencie nawet próba odśpiewania harcerskich szlagierów. W końcu przyszła niedziela, czas pożegnań i do domu po drodze z krótką, ale za to smaczną przerwą na ogórkową i rybkę w Broku nad Bugiem.

Myślę, że wszyscy się zgodzą, że Zamknięcie Sezonu 2016 było bardzo udane. Dopisała pogoda, humory i było dużo dobrej zabawy. Przemkowi Skorupie wielkie dzięki za wybór miejsca (hotel zacny z basenem, jakuzi z bąbellkami i takimi tam) oraz za zorganizowanie sobotniej wycieczki. Przemek – duuuuże brawa! Wszystkim, którzy byli - wielkie dzięki za obecność, fajnie było Was wszystkich zobaczyć i do następnego!

Marcin Grygier


Przejechaliśmy cztery pory roku…

Posted on: Maj 12, 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Jak zapewne wielu z nas pamięta, na przełomie kwietnia i maja 2016 Wiesiek Szpaku wraz Gradkiem zwanym też Fidelem, wybrali się na Zlot Saint- Tropez HOG Rally do Francji. Niezwykłe okoliczności ich podróży, w tym przejazd przez ośnieżone austriackie Alpy, mogliśmy śledzić niemal na bieżąco dzięki Facebook’owi. We Włoszech dołączyły do nich Ania Szpakowa i Dagmara (Daga), które doleciały tam samolotem. Odtąd wędrowali już we czwórkę. Poniżej przedstawiam garść ich wrażeń i wspomnień, w formie wywiadu z bohaterami i bohaterkami tamtych dni.

Dario (D):  Ile przejechaliście  km i jak długo trwała cała wyprawa?

Szpaku (Sz): Przejechaliśmy ok. 4600 km od 27. kwietnia do 5. maja.

D: Co było największym wyzwaniem tej wyprawy?

Sz: Nie był to wyjazd szczególnie różniący się od innych wypraw, może jedynie zarządzanie pogodą i planowanie odpowiedniej trasy tak, aby unikać śniegu na który to nadziało się kilka grup jadących przez Villach, było inne niż zwykle. 

Gradek (Gr): Wyzwanie? … wytrzymać ze Szpakiem tyle czasu dzień i noc ! … a tak poważnie to przejazd przez Alpy w taki sposób, żeby dojechać cało i zdrowo. Dzięki „Szpaka prywatnej pogodynce”... smartfonowi z dobrym programem pogodowym, udało nam się ominąć śnieżyce! 

Wyzwanie, to także jechać w temperaturze 1,5 st. C przy padającym śniegu z deszczem.

D: To był trudna jazda. Pisały o Was gazety w Austrii i mówiono o Was w TV. A co wy uznalibyście za sukces tej eskapady?

Sz: Bezpieczne pokonanie trasy. Dla mnie to miała być także wyprawa rozpoznawcza nie tylko Lazurowego Wybrzeża ale i pięknej Prowansji. Zwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc takich jak perfumeryjne centrum Europy w Grasse czy samo Saint Tropez i Antibes.  Byliśmy w Monte Carlo, San Remo, Cannes i kilku innych uroczych miejscowościach. Bogatsi o te doświadczenia planujemy już kolejny wyjazd na Eurofestival 2017.    

Gr: Przejechaliśmy cztery pory roku, i czym gorsza była pogoda, tym nasze humory były lepsze ! … ani razu nie miałem ochoty kogoś „ugryźć". 

D: Jakie widzicie pozytywy tego wyjazdu?

Sz: To piękny rejon Europy, wspaniałe górskie trasy. Spotkaliśmy się z wielką życzliwością ludzi; na bocznej drodze we Włoszech koło miasteczka Ovada zatrzymaliśmy się w lokalnym barze i spotkaliśmy właściciela- harleyowca. Pięknie nas przyjął i mimo różnic językowych z pomocą „Google translator” udało się nam porozmawiać. Oczywiście niewielka znajomość włoskiego i dobra hiszpańskiego pomogła.

Gr: Przyjemnie było usiąść w marinie w St. Tropez w otoczeniu setek motocykli Harley i zjeść skromny posiłek z lampką dobrego, czerwonego wina … Super wrażenie to pojeździć po Monte Carlo trasą wyścigów Formuły 1. 

D: Jak oceniacie sam Zlot? Ilość motorków, ludzi, organizację, zespoły, znajomi z Polski?

Sz: Zlot ze względu na samo miejsce jest wyjątkowy. Organizacja bardzo dobra. Wszystko sprawnie działało. Była to jubileuszowa impreza w tym miejscu – dziesiąty raz. Ponad sto customów brało udział w rywalizacji. Niewątpliwą atrakcją był koncert legendarnej super grupy Europe z jej największym przebojem The Final Countdown. Oczywiście było też kilka innych zespołów, jak Shaka Ponk, My Baby czy Jazzanova z Poul Randolphem. Była także piękna 40- kilometrowa parada. Trudno ocenić ilość uczestników, a HOG nie podał oficjalnej liczby, ale myślę, że to mogło być kilkanaście tysięcy. 

Gr: Wszystko było super ! Spotkaliśmy wielu Polaków, także turystów. Przyjaciele z South Chapter Poland byli świetnymi kompanami przy wieczornej, rozgrzewającej buteleczce.  

D: Teraz, już z pewnej już perspektywy, czy uważacie, że taki wyjazd to dobry pomysł?

Sz: Tak, to piękna i dobrze zorganizowana impreza. My jedziemy w następnym roku i słyszymy, że są też kolejni chętni z naszego klubu. 

Gr: Wyjazd będę pamiętał co najmniej… do końca życia. Pierwszy raz jechałem w takich warunkach pogodowych, pierwszy raz miałem na sobie aż tyle warstw odzieży (bielizna, bielizna termiczna, windstopper, kurtka/spodnie skórzane, deszczaki) . Wyjazd raczej dla twardzieli, dzienne przejazdy to ponad 800 km. W zamian wielka satysfakcja i niezapomniany francuski klimat.  

D: A co nadaje się do poprawy czy uzupełnienia w organizacji takiego wyjazdu?

Sz: Każdy z nas ma inne potrzeby; ja osobiście więcej pojeździłbym po okolicy. Prowansja jest piękna szczególnie na wiosnę.

Gr: Warto zarezerwować trochę więcej czasu na taką wyprawę np. 12 dni.

Jeżeli będziecie jeździli po małych francuskich miasteczkach i będzie padał deszczyk to uważajcie na niebiesko białe pasy dla pieszych … są bardzo śliskie … bezcenna była mina bikera który „odtańczył” taki zakręt.

D: Teraz porozmawiajmy z dziewczynami, Anią Szpakową i Dagą. Jak Wy widziałyście tę podróż z tylnego siedzenia Harleya?

Ania: Wyzwaniem dla każdego pasażera jest wytrwać kilkaset kilometrów bez marudzenia, w pionie i bez ruchu. Model HD Elektra jest o tyle wygodnym  pojazdem, że można wygodnie oprzeć się i  nawet delikatnie zdrzemnąć (ale tej sztuki jeszcze nie opanowałam). Najtrudniejsza dla mnie jako "rasowego plecaka "okazała się wyprawa po krętych  dróżkach w drodze do księstwa Monaco. Sztuka pochylania się i współgrania z kierującym i z motorem  jest u mnie nadal w fazie nauki i wymaga treningów- tym bardziej, iż planujemy wycieczkę do Toskanii.

Daga: To Wiesiek z Radkiem odnieśli wielki sukces wybierając drogę bez śniegu i innych niespodzianek - tylko dupki im chyba trochę zmarzły, ale potem my z Anią już rozgrzewałyśmy atmosferę.

D: Jakie są Wasze najpiękniejsze wrażenia z tego wyjazdu? 

Ania: Dla mnie to pierwszy tak duży europejski zlot HOG w jakim brałam udział. Fantastyczne jest to, jak ludzie razem chcą  się bawić i celebrować kulturę motocyklową HD. Nie ważne skąd jesteś i czym jeździsz, ważne, że jesteśmy tutaj razem. Bardzo to miłe. Z kolei obiady u  Harleyowca Luciano  i jego małżonki w małej włoskiej miejscowości Ovada  to super miła kropka nad „i” naszej wyprawy i dowód na to, jak ludzie potrafią być życzliwi.

Daga: Kolejny raz przekonałam się, że nawet najpiękniejsze widoki Lazurowego Wybrzeża byłyby niczym bez dobrego Towarzystwa i dlatego bardzo dziękuję Ani i Wieśkowi, że z nami byli – są super ekipą, można z nimi śmiało podróżować w najróżniejsze warunki.

D: Zlot zrobił na Was duże wrażenie?

Ania: Zlot zorganizowany jest w uroczym miejscu, w porcie Grimaud , jest kilka scen muzycznych, bary i sklepy . Ze względu na chłodną aurę frekwencja była nieco skromniejsza niż na innych europejskich zlotach HD.

Daga: Zlot jest fajny, ale dla mnie na jeden raz. To raczej taka namiastka Faaker - dużo mniejsza impreza. Urokiem tego Zlotu jest niewątpliwie samo miejsce i to co można zobaczyć dookoła. Organizacyjnie i programowo nie było się do czego przyczepić. Spotkaliśmy niewielu motocyklistów z Polski, ale wspólna kolacyjka z przedstawicielami Chapteru katowickiego odbyła się :).

D: Warto było jechać?

Ania: Ten Zlot i każdy inny to jest właśnie idea tej pasji. Ze względu na piękne widoki podczas podróży , jak i możliwość zwiedzania St. Tropez , Cannes, Monaco, San Marino jest to podroż dla wszystkich tych, którzy są wrażliwi na piękno – piękno natury, architektury no i na słońceeeeee. Poza tym w dobrym towarzystwie- wszędzie jest fajnie.

Daga: To był dobry pomysł, ale ze względu na kapryśną pogodę, trzeba się przygotować na różne warunki, zmienne temperatury, także na deszcz. Jest to też długa trasa, więc dla Pań naprawdę bardzo polecam rozwiązanie które wykorzystałyśmy z Anią. Lot do jakiegoś miasta po drodze we Francji lub we Włoszech (my leciałyśmy liniami Ryanair do Bergamo) i przesiadka na motocykle, którymi z Polski podróżują nasi Panowie. Wbrew pozorom to pełna satysfakcja z obu stron: panowie się wyjeżdżą i mają czas na dłuuuugie męskie rozmowy, panie się nie zmęczą i zaliczają zakupy w strefie wolnocłowej. Sytuacja idealna.

D: Najbardziej zabawny moment z całej wyprawy to….  ?

Ania: No cóż, trochę tego było, ale trzeba wspomnieć o tym, że nasza wyprawa z Dagą zaczęła się już na lotnisku w Modlinie. Alarm bombowy pokrzyżował nam plany w podróży do Bergamo skąd Szpaku i Fidel mieli nas odebrać. Byłyśmy zamknięte  7 godzin w hangarze, niemniej jednak w doborowym towarzystwie przypadkowo spotkanego kolegi Mira, z zespołu rockowego Hamak (jak się okazało zna on wszystkich z Chapteru, bo ma Harleya i sypał nazwiskami jak z kapelusza). Umilił nam czas i przysporzył wielu zabawnych sytuacji podczas koczowania w tym hangarze. 

Daga: Ja niestety nie mogę powiedzieć, ale ma to związek z warczeniem :)))

D: Co byście poprawiły jadąc tam za rok? I jakie macie rady dla przyszłych wyjeżdżających?

Ania: Poprawiłabym frekwencję. Mam nadzieję, że Warsaw Chapter Poland, podobnie jak inne prężnie działające polskie Chaptery zmobilizują siły i w przyszłym roku pojedziemy większą grupą.  Poza tym, gdzie może być piękniej na wiosnę niż w Prowansji… 

Daga: Poprawiłabym pogodę, na samym zlocie było po prostu zimno i dlatego nie było aż tak fajnie, jak mogłoby być. Drugi element to nasza lokalizacja noclegu na Zlocie. Spaliśmy w ośrodku oddalonym ok 3km od Zlotu - jak łatwo się domyślić w sytuacjach zlotowych, w godzinach mocno wieczorowych było to lekko upierdliwe, ale radziliśmy sobie. Dla osób które chcą tam jechać w kolejnych latach, cenna uwaga: na samym Zlocie są bardzo różne standardy noclegów i trzeba to dobrze sprawdzić na etapie rezerwacji. Miejsca w którym my nocowaliśmy nie rekomenduję.

Polecam natomiast przed wyjazdem kontakt z osobami, które już były na takim wyjeździe, aby dowiedzieć się co zobaczyć, gdzie zjeść, co omijać. Nam bardzo pomogły informacje przygotowane przed wyjazdem przez Wieśka i wskazówki od Agnieszki Sankowskiej.

Bardzo dziękuję za Wasze wrażenia, refleksje i rady. Znam drogę, którą jechaliście stosunkowo dobrze i wiem, że przeprawa przez Alpy wiosną może być bardzo niebezpieczna dla motocyklistów. Tym bardziej Was podziwiam. Dziękuję także w imieniu koleżanek i kolegów z naszego Chapteru za to, że mogliśmy chociaż wirtualnie uczestniczyć w tak niezwykłej wyprawie. Gratulujemy Wam serdecznie!

A w przyszłym roku…może my też pojedziemy?

 Z harleyowym pozdrowieniem

Dario